Absurd Instytutu im. Stanisława Lema

Powiedz wdzięczna kobzo moja,
U mnie lico – duma twoja,
Aż ktoś znowu zacznie myśleć,
Żeby mną sobie mordę wytrzeć.

W 2019 powstał Instytut im. Stanisława Lema. Jako imiennik znakomitego pisarza science-fiction, instytut zajął się kultywacją Lemowskich leitmotivów: kosmologią, filozofią, sztuczną inteligencją, podbojem kosmosu, rozwojem nauki i technologii, rosnącym tempem zmian cywilizacyjnych, konfliktami złożonych systemów.

Żartuję.

Instytut im. Stanisława Lema (de facto – fundacja) zajął się „problemem hejtu w internecie”. Zamiast naukowców czy wynalazców, najliczniej reprezentowani są prawnicy. W gronie 18 osób pracujących nad inicjatywą, znajduje się wyłącznie jeden naukowiec, choć jest tak zaangażowany, że nie można znaleźć ani jednej jego wypowiedzi na ten temat, a sama strona instytutu nawet nie raczyła przedstawić jego notki biograficznej (mimo szczegółowych życiorysów osób, które zajmują się na przykład funduszami UE).

Ale za to w cieple imienia Stanisława Lema, w wielu wywiadach zdążyła się już ogrzać inna persona z rady programowej. To właściciel serwisu Wykop.pl – największego siedliska hejtu w polskim internecie, na którym wśród najpopularniejszych tagów są patostreamy, fotografowanie ludzi z ukrycia (o nazwie tagu: „dupeczki z przypadku”), zdjęcia rozebranych dziewczynek (to właściwe słowo, tag nawet nawiązuje nazwą do pedofilii: „prokurator boners”), a także intensywna wojna polityczna z użyciem ton trolli i fałszywych informacji. Tak, ten człowiek wie sporo o hejcie, jest ekspertem od internetowych ścieków. Przede wszystkim wie jak na tym zarabiać.

Podrążmy ten absurd dalej.

Instytut precyzuje swoją misję jako: „edukację w zakresie bezpieczeństwa dzieci w sieci”.

Mimo wielu wywiadów – łącznie z występem w śniadaniowym programie TVN – prezes Maciej Kawecki nie sprecyzował skąd nagle wziął się ten pomysł. Jak w roku 2019 można wpaść na potwórkę kampanii z 2004 pt. „Dziecko w sieci”?

Słynne „Cześć, jestem Wojtek, też mam 12 lat”

To zresztą zbyt hojne porównanie, ponieważ tamta kampania dotyczyła nowej technologii i realnego zagrożenia.

Nie będę wnikać w sam temat „hejtu”, ponieważ to wpis o instytucie. Natomiast nawet z perspektywy instytutu to jest absurd absurdów. Począwszy od faktu, że organizacja imienia najpopularniejszego polskiego pisarza namiętnie posługuje się angielskim potworkiem „hejt”. Przez to, że porusza temat „hejtu” wśród ósmoklasistów, zamiast zauważyć jak Twitter czy Facebook (a także Wykop) napędzają swój biznes możliwie najbardziej kontrowersyjnymi treściami, a rodzice uzależniają dzieci od internetu zanim jeszcze te zaczną mówić. Aż po to, że zajmuje się tak dętym tematem w 2020 roku (dzieci się wyzywają, o tempora o mores, przecież nigdy wcześniej tego nie robiły!), podczas gdy cały zachód pasjonuje się postępami w sztucznej inteligencji i inżynierii genetycznej, produkuje na potęgę elektroniczne samochody, wysyła trzy sondy na Marsa w odstępie tygodnia czy planuje bazę księżycową Artemis. Współczesny świat to raj dla czytelników Lema (dwojako: szczerze i sarkastycznie), ale prezes instytutu raczej do nich nie należy.

Z wywiadów szefa instytutu bije raczej brak znajomości twórczości Lema. Nie byłoby oczywiście nic w tym złego, gdyby cały czas nie próbował, w żołnierskich słowach, wycierać sobie mordę Lemem. Z powieści, pan Kawecki wspomina w zasadzie tylko o „Obłoku Magellana”, które to dzieło sam Lem nazwał komunistyczną szmirą, i którego tak bardzo się potem wstydził, że zakazał wznawiania. Poza tą dziwną pozycją (jedyną z kilkudziesięciu książek!), szef instytutu jako inspirację stale wymienia eseje i felietony z okresu „Okamgnienia”, czyli obawy Lema o przepływ informacji w globalnej wiosce. Nawet tu mam wrażenie, że nie do końca sens został zrozumiany – ponieważ „Okamgnienie” zdecydowanie traktuje o czym zupełnie innym, ale to nie polonistyka by rozstrząsać co pisarz miał na myśli. Zwyczajnie uderza, że jakoś bardzo mało Lema w tej organizacji, którą autorzy skracają do frazy „Instytut Lema”.

Jeśli szukać właściwych odniesień do literatury, bliżej tu chyba do „im. George’a Orwella”. Miks nowomowy i hipokryzji, podpieranie się Lemem bez znajomości Lema, pozorowanie walki z hejtem przez człowieka który jest właścicielem Wykopu.

A co w sumie pozorują? Porównanie do kampanii z 2004 znów okazało się zbyt hojne, ponieważ nie było oczywiście reklam w telewizji. Był filmik na YouTube, okrzyknięty wielkim sukcesem, a który w praktyce został praktycznie nieobejrzany przez nikogo (11 tys. wyświetleń to jest nic na polskim YT – nawet z chałupniczej kampanii reklamowej więcej ludzi da się ściągnąć). Swoją drogą, filmik polega na tym, że ludzie relacjonują jak zostali przez kogoś kiedyś wyzwani. Czy to już tyle? Naprawdę? Aż prosi się o przypomnienie kampanii #FirstWorldProblems (pol. problemy pierwszego świata):

„Nienawidzę, gdy mój dom jest tak duży, że muszę używać dwóch modemów”

Instytut dzielnie walczy z „hejtem” kolejnymi pozorowanymi działaniami. Rozpętał na przykład kampanię #StopKoronahejt, która doprowadziła do użycia tego hasztagu przez całe 3 osoby na twitterze. Do tego parę debat o absurdalnym posmaku, na przykład ta o tytule „Epidemia hejtu”, która się zaczęła od nazwania Ateńczyków pierwszymi hejterami w stosunku do Spartan.

Perłą w koronie instytutu mają być szkolenia „Ogarnij hejt” – wykłady dla dzieci, rodziców, nauczycieli na temat tego jak reagować na rzeczony „hejt”. Niestety nie ma publicznie dostępnych szczegółów, zapewne dlatego, że szkolenie siłą rzeczy musi wyglądać jak z Kabaretu Zielona Gęś:

- Dzieci, przestańcie się wyzywać!
- Rodzice, mniej przeklinajcie przy dzieciach
- Nauczyciele, "nie obchodzi mnie kto zaczął, macie się pogodzić"

A szkolenie, by dawka absurdu się zgadzała, wieńczone jest certyfikatem z logo Wykopu:

Tak, certyfikat dla szkoły podstawowej z logo tego Wykopu:

A wśród najpopularniejszych treści prezentuje takie:

Wypowiedzi szefa instytutu są kopalnią dziwnych rzeczy.

Mówi, że walka z mową nienawiści była bardzo bliska Lemowi. (Ktoś chyba nie słyszał o „Powrocie z gwiazd”…) Mówi, że „hejt” jest największą chorobą internetu. (Wiadomo, wyzwiska są poważniejsze niż darkwebowy handel narkotykami i bronią.) Zarzuca programistom „brak humanistycznego podejścia” (dokładny cytat!).

Jedna z najdziwniejszych rzeczy to wątek z RDC, gdzie prezes instytutu zachwyca się pewnym wyrokiem w Szwajcarii: tamtejszy sąd skazał ludzi za polubienie wpisu na Facebooku z treściami zniesławiającymi. Kawecki komentuje to jako „właściwą odpowiedź na zagrożenia” i jako „kierunek rozwoju”, wieńcząc soczystym „i to mi się podoba”. Może ta miłość do komunistycznego „Obłoku Magellana” jednak nie jest taka przypadkowa?

Nie wiem o co tu chodzi. Probówałem, zgodnie z klasycznym „follow the money” (pol. podążaj za pieniędzmi), szukać uzasadnienia w postaci motywacji finansowej. Co prawda jest kilka ścieżek, ale są bardzo delikatne: tu współpraca z Ministerstwem Cyfryzacji, tam ekspert ds. wyciągania dotacji z UE.

Niestety wygląda to bardziej na zwykłą niekompetencję. Do wyciągania pieniędzy ludzie się bardziej przykładają…

Nikt również nie odpowiedział na maila z pytaniem o plany i cele. Najwyraźniej „Instytut Polska Przyszłości im. Stanisława Lema”, zajmujący się w głównej mierze internetem, niespecjalnie korzysta z internetu.

Stanisław Lem przekręca się w grobie z takimi RPM, że można byłoby już prądnicę podłączyć i podładować Teslę. O, to bardziej przysłużyłoby się futurologii, technologii czy rozwojowi niż ten instytut.

Lem zresztą swego czasu udzielił wywiadu, który bezpośrednio uderzył w połowę tego co sygnuje właśnie ten instytut. Polecam cały wywiad szczególnie szefowi instytutu, ponieważ tam pisarz wyjaśnia też na czym „Okamgnienie” polegało. Podpowiedź:

Nie wybieraliśmy tego, co piękniejsze i bardziej użyteczne, tylko to, co przynosiło szybszy zwrot kapitału.

Wypisz wymaluj Wykop.pl, który wyciera sobie wizerunek fundacjami z Lemem w nazwie, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *