Technologiczna droga bez odwrotu

Odkrycia, wie pan, pojawiają się na zasadzie, że tak powiem, wdepnięć. To znaczy: człowiek wdeptuje w coś i nie może się z tego wycofać.

Niezawodny Stanisław Lem

Pamiętasz kim byli czterej jeźdźcy apokalipsy? Wojna, Zaraza, Głód, Śmierć. Niesamowite jak odległo to brzmi z perspektywy dzisiejszych ekranów. Nie tylko my, ale i nasi rodzice nie mają pojęcia o masowych konfliktach zbrojnych czy epidemiach. Żyjemy w najbardziej pokojowej, dostatniej, zdrowej epoce w historii. Już nikt nie przeklina dzieci słowami „obyś żył w ciekawych czasach”, ponieważ już nikt nie kojarzy braku stabilizacji z problemami. Brak stabilizacji to dla nas nowe technologie, nowe odkrycia naukowe, więcej przygód, mniej monotonnych obowiązków.

Ludzkość szybko zapomniała o ciemnych stronach technologii. Świetnie to obrazuje skala zainteresowania serialem Black Mirror, który porusza absolutnie banalne problemy, zresztą w typowo mierny (a więc i niewymagający) sposób. Te miniproblemy technologii, typu uzależnienie od mediów społecznościowych, można streścić do ekonomicznego powiedzenia „there’s no free lunch” (wszystko ma swój koszt). Albo do tagu #firstworldproblems. One oczywiście istnieją i na poziomie indywidualnym mają większe lub mniejsze znaczenie. Ale ludzkość zapomniała o technologiach, które mogą zagrozić egzystencji Homo sapiens.

Tymczasem w ostatnich kilku latach dorobiliśmy się dramatycznie niebezpiecznej technologii, która bezpośrednio uderzy w egzystencję Homo sapiens oraz wszystkich innych gatunków na Ziemi.

Nie ma co się wahać w sprawie „może” albo „prawdopodobnie”. Uderzy – to konkretna prognoza, oparta na historii ludzkości i na istocie ludzkiej natury. Od dynamitu przez karabiny maszynowe po bomby atomowe, ludzkość zawsze budziła się z ręką w nocniku, nieprzygotowana na najnowsze zdobycze technologiczne. Jednak nawet w przypadku bomb atomowych, nie staliśmy przed obliczem tak potężnego narzędzia jak teraz.

A imię jego to inżynieria genetyczna. Wiem jak to całkowicie nieefektownie brzmi, ale to zwykłe nienadążanie apartu językowego za rzeczywistością. „Fizyka jądrowa” też nie podnosiła nikomu brwi w latach 30′ – dopiero wynikające z niej bomby atomowe zagroziły całej ludzkości.

Zrozumieniu nie pomaga specyfika biologii. Jako nauka, zmienia się niesamowicie szybko – w skali lat dochodzi do rewolucji naukowych i technologicznych. Co więcej, biolodzy to zawodowi-nazywacze-rzeczy, stąd biologia jest strasznie żargonowo-slangową nauką, a najlepszym symptomem jest sam skrót CRISPR, wymyślony dla absurdalnie długiego terminu. Niestety, po drodze polscy biolodzy zaczęli odchodzić od tłumaczenia nowych terminów, i w ten sposób polski odbiorca jest w potrójnej kropce – oprócz tempa i żargonów, musi jeszcze przebijać się przez inny język.

Świetnym przykładem naszych problemów językowych i pozornej niewinności jest gene drive. To narzędzie, w sprawie którego ONZ zwoływało obrady, debatując nad zakazem badań (!). W dużym uproszczeniu, gene drive polega na wprowadzeniu do organizmu genów, które posiadają informację o pożądanej modyfikacji oraz kodują cały zestaw do samokopiowania się tychże genów. W ten sposób, wprowadzone geny rozprzestrzeniają się znacznie szybciej, niż wynikałoby to z klasycznego dziedziczenia. Klasyczny przykład wykorzystania gene drive to próba eradykacji malarii przez inżynierię genetyczną komarów – testy terenowe zresztą już trwają. Niestety jak czuję się niekomfortowo z wstawianiem angielskiego gene drive w polskie zdania, tak maksimum nazewnictwa jakie dotarło do kraju to aż prześmiewczo-żargonowa „mutageniczna reakcja łańcuchowa” (chyba), pochodząca zresztą od angielskiego akronimu MCR. A więc tak jak rozmawiamy tutaj o rzeczach, które są trudne do zrozumienia, tak te rzczy czasem nawet nie mają nazw w naszym języku.

Gene drive można też wykorzystać do eliminacji całych gatunków. Spokojnie, na szczęście nie naszego, ponieważ do tego potrzeba wielu pokoleń. Ale organizmy żyjące krócej, takie jak rozmaite owady czy mniejsze kręgowce – mogą być, elegancko mówiąc, wyeliminowane. Wystarczy jako rozprzestrzeniane modyfikacje wprowadzić te, które doprowadzają do bezpłodności.

Mamy też bardziej kłopotliwe możliwości inżynierii genetycznej.

Bez szczegółów, co możemy lub zaraz będziemy mogli zrobić:
– wprowadzenie zjadliwości (toksyczności) do dowolnego organizmu,
– uodpornienie patogenów na znane leki,
– dosłowne nagrywanie zdarzeń wewnątrz komórki/tkanki/ciała za pomocą zapisu w DNA (jakkolwiek to brzmi saj-fajowo, ta metoda jest już z powodzeniem stosowana do nagrywania historii komórek w embrionach),
– oczywiste modyfikacje ludzi na poziomie embrionów, czyli spełnienie marzeń eugeników sprzed stu lat,
– wykraczanie poza gatunki (ostatnio pojawiła się świetna praca, która zmodyfikowała geny małp by upodobnić ich mózgi do ludzkich (!)).

Oraz wirusy.

Praca genetyczna na wirusach to całkiem normalna procedura w laboratoriach biologicznych. Wbrew pozorom, nie chodzi tutaj o medyczne rozprawy nad chorobami, ale o typowo przedmiotowe wykorzystanie tego, co już istnieje w naturze. Istnieją wirusy, które naturalnie modyfikują genom, w tym również genom człowieka. Najbardziej znany przykład to HPV (wirus raka szyjki macicy), który wkleja swoje geny do napotkanych ludzkich komórek (i to bezpośrednia przyczyna nowotworów!). W laboratoriach oczywiście nie stosuje się HPV (z drobnymi wyjątkami), a mniej groźne wirusy, z królującym od lat adenowirusem AAV. A więc mamy wirusy, które modyfikują genomy. Bingo, dwa w jednym: nie tylko można będzie je łatwo rozpstrzenić, ale również bez żadnych dodatkowych kroków przeprowadzić dowolne operacje genetyczne.

Dowolne to niepokojące słowo, prawda? W rzeczy samej, inżynieria genetyczna nie polega tylko na zmienianiu czegoś na coś. Możemy również budować instrukcje, typu „jeśli wykryjesz tą sekwencję to zrób to i to”. Teraz wystarczy to połączyć z unikalnością genomów, a także podobieństwem genomów o podobnym pochodzeniu… I, tak, dokładnie tak, mamy możliwość zbudowania wybiórczego wirusa, który szkodzi tylko populacji z wybraną sekwencją – na przykład populacji jednego kraju. Albo wybranej jednej osobie na świecie.

Pierwszy raz w historii ludzkości etniczna broń biologiczna staje się czymś więcej niż mrzonkami. Traktat o zakazie prac nad arsenałem biologicznym powoływał się na obosieczność wszelkich wirusów – to bardzo nieaktualne stwierdzenie w świetle aktualnej technologii.

Co prawda przewinęły mi się publikacje o wzmożonych biologicznych pracach militarnych, m.in. w Chinach, ale wydaje mi się, że państw możemy się obawiać najmniej. Każdy z krajów ma za dużo do stracenia, a od wojen kinetycznych znacznie bardziej opłacają się wojny ekonomiczne. Sen z powiek spędzają mi zupełnie inni gracze – pojedynczy ludzie.

Inżynieria genetyczna jest łatwa i tania. (Do dwóch biologów, którzy to czytają: tak, pipetowanie jest łatwe, reagenty za 1000$ to nadal tylko koszt iPhone, a protokoły nie wymagają talentów matematycznych czy artystycznych. Nie twierdzę, że to wszystko będzie kiedykolwiek możliwe w brudnym zlewie, ale twierdzę, że już teraz nie jest specjalnie bardziej wymagające niż programowanie. Czyli nadal zbyt trudne dla 95% społeczeństwa, ale pozostające 5% z 7 miliardów to bardzo dużo.) Szczęście w nieszczęściu poprzedniej wielkiej technologii, jaką była bomba atomowa, jest fakt, że to niesamowicie droga i czasochłonna zabawa. Stać na nią tylko państwa. Tymczasem biologia molekularna jest jak najbardziej w zasięgu nie tylko drobnych organizacji, ale nawet – pożyczając z nomeklatury antyterrorystycznej – samotnych wilków.

Ale po kolei. Zacznijmy od tego, że jest za wcześnie. Rozmawiamy tutaj raczej o skali lat. Jutro i pojutrze będzie bez zmian. Ale za parę lat pierwsze pozanaukowe organizacje muszą położyć dłonie na inżynierię genetyczną. Nie ma możliwości, by przykładowy ISIS – marzący o ogromnych zamachach i posiadający nadal ogromny budżet (ponad miliard dolarów!) – nie chciał zamienić strzelanin w paryskich kawiarniach na masową eksterminację „krzyżowców” za pomocą właściwie zmodyfikowanych wirusów.

Na szczęście nie po to świat wydaje wagony pieniędzy na walkę z terroryzmem by to przeszło niezauważenie. Zorganizowany bioterroryzm będzie miał swojego naturalnego wroga, czyli dziesiątki trzyliterowych agencji rządowych. Jesteśmy w stanie to opanować, przynajmniej my, ludzie pierwszego świata.

Bardziej niepokojące – bo niemożliwe do zwalczenia – wydają się akcje pojedynczych ludzi. Może to już nie kwestia lat tylko dekad. Widzę tu sporo analogii do informatyzacji świata. Gdy staniały komputery, a wiedza o programowaniu stała się łatwodostępna (co nie oznacza, że łatwa do zrozumienia – tak samo jak inżynieria genetyczna nie jest łatwa do zrozumienia!), pojawiło się wielu ludzi, którzy postanowili wykorzystać nową technologię do swoich osobistych pobudek. Nie nazwaliśmy ich terrorystami tylko hakerami. Problem z hackingiem nie zmalał od czasu pierwszych wirusów w latach 90′ – dziś mamy co roku wirusy opanowujące miliony komputerów, problemy paraliżujące całe banki, a przemysł wokół bezpieczeństwa informatycznego jest naprawdę szeroki (i zasobny w dolary). Wszystko w inżynierii genetycznej wskazuje na obranie ścieżki analogicznej do hackingu. Pojedynczy ludzie wykorzystujący technologię dla korzyści finansowych, zemsty, lub zwykłego „bo można”. Tylko tym razem zamiast wirtualnych bitów w urządzeniach, będzie chodziło o żywe organizmy.

Dlaczego ludzie chcieliby to robić? Mistrz Lem udziela odpowiedzi:

Przewidywałem to, nie dlatego jakobym był jasnowidzącym futurologiem, ale po prostu dzięki jako takiej znajomości ludzkiej natury. Jeżeli można coś spaskudzić, popsuć, zafałszować, ukraść, sprzeniewierzyć, złudzić, wystrychnąć na dudka, to niezależnie całkiem od tego, czy się taka działalność typu destrukcyjnego i występnego „aktywiście zła” opłaci, czy też dostarczy mu wyłącznie bezinteresownej satysfakcji, że przechytrzył zabepieczenia, że zniszczył bez osobistego zysku to, co było dla innego cenne, można ze stuprocentową pewnością uznać, iż w nowych formach, nowej technologii, walka Arymana z Ormuzdem, zła z dobrem będzie się toczyła. A to, ponieważ tak było zawsze, ponieważ samoloty oprócz ludzi zrzucały bomby, ponieważ energia atomowa „jaśniejsza od tysiąca słońc” została wiadomo jak użyta, ponieważ tak potrzebny medycynie rentgen Niemcom w Oświęcimiu służył do zabójczego ubezpładniania kobiet, i tak dalej, i tak dalej – od początku ludzkiego świata.

‚Bomba megabitowa’

Zresztą, przykłady samotnych wilków już mamy – na razie w kategoriach naukowych. He Jiankui, „autor” pierwszych dwóch genetycznie modyfikowanych dzieci, przeprowadził swój eksperyment wbrew wszystkim i został poddany aresztowi, ale w zasadzie nikt nie jest w stanie powstrzymać kolejnych prób innych naukowców. A poza światem naukowym, współcześni „biohakerzy”, choć generalnie nie wiedzą co robią i nic im się nie udaje, pokazują chociażby, że obrót reagentami poza uniwersytetem nie stanowi problemu. A wiedza jak to wiedza, do hackingu i programowania też potrzeba tysięcy godzin przekopywania się przez trudną literaturę – w końcu trafi się „biohaker”, któremu „się uda” eksperyment. Niekoniecznie na sobie. Niekoniecznie na jednej osobie. Może usunie jakiś gatunek? A może zarazi pół miasta wirusem, który zmieni tym osobom jakiś gen?

Zastanawiają mnie dwa mechaniczne szczegóły przyszłej ucieczki inżynierii genetycznej ze środowisk akademickich.

Pierwsza – jak łatwo zwykli ludzie będą zmieniać genomy? Wbrew pozorom, to w żaden sposób nie wyhamuje zagrożenia tylko najwyżej zmieni jego charakter. Jeżeli edycje genetyczne nie wyjdą poza wielkie zamrażarki -80’C i dygestoria, jest szansa, że będzie niewielu wariatów zdolnych zorganizować takie warunki w domu. Ale niewielu nie oznacza zero. Czy w takim przypadku to będzie działać podobnie jak rynek narkotykowy, gdzie istnieją podziemne laboratoria i później siatki dystrybucji? Nie myślmy tylko o szkodzeniu ludziom, inżynieria genetyczna z pewnością dostarczy też pozytywnych zmian w organizmach czy w ludzkim ciele. Kupowanie genetycznej modyfikacji w ciemnym rogu ulicy, to byłoby spełnienie marzeń cyberpunku! Żeby daleko nie szukać, w Afryce istnieje czarny rynek szczepionek.

Druga – jak zareagujemy na sztuczne wirusy, gene drives, zamachy mogące modyfikować DNA, hakerów polujących na zmiany dla zabawy? Czy oczywista regulacja obrotu reagentami i sprzętem wystarczy? W przeciwieństwie do uranu, bakterie czy wirusy można znaleźć wszędzie… Czy w obliczu tych zagrożeń (niekoniecznie pandemii!) wprowadzimy osobistą aseptykę, izolację od środowiska, może BSL-3 w każdym domu? Regularne szczepienia z aktualizowanymi bazami przeciwko najnowszym wirusom, zupełnie jak codziennie aktualizowane bazy danych programów antywirusowych? A może programy „bug bounty” (łowienie błędów), gdzie genetyczni hakerzy zamiast szkodzić ludzkości, będą odnajdywać błędy w … (w czym? w naturze? w nowych modyfikacjach? w szczepionkach?) i jeszcze żyć z tego?

Stoimy przed obliczem technologii, która pozwoli pojedynczym ludziom zmieniać całe ekosystemy, całą planetę, w tym nas samych. Zgodnie lub wbrew naszej woli, zaczniemy zmieniać genomy ziemskich organizmów. Nieodwracalnie zmienimy to co jest efektem 4 miliardów lat ewolucji.

Jestem trochę bezradny, nie widzę absolutnie żadnej możliwości by zapobiec temu i mam niemal pewność, że dojdzie do informatyczno-podobnej ucieczki technologii. Ale bezradność to dobre uczucie, po setkach innych problemów, które moglibyśmy naprawić, ale nic z nimi nie robimy – takich jak globalne ocieplenie czy niszczenie ekosystemów.

Tutaj mogę po prostu wzruszyć ramionami i zauważyć, że weszliśmy na drogę bez odwrotu. Wdepnęliśmy w technologię, z której nie można się już wycofać. Czas zakasać rękawy.

Będziemy żyć w ciekawych czasach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *