Recenzja studiów na kierunku biologia – Uniwersytet im. Adama Mickiewicza (UAM) / + opinia o stanie polskich uniwersytetów

Kilka lat temu szukałem w internecie recenzji polskich uczelni i kierunków, by wesprzeć decyzję o wyborze studiów. Dziś, już po drugiej stronie lustra dorzucam swoją opinię na temat wydziału biologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.

Długo czekałem z jej złożeniem, ale mail skierowany do wszystkich studentów UAM przypomniał mi o tym jak (s a r k a z m) ważne dla uniwersytetu są opinie:

Drogie Studentki i Drodzy Studenci
UAM został zakwalifikowany do prestiżowego rankingu Europe Teaching Ranking organizowanego przez TIMES HIGHER EDUCATION. Tym samym dołączyliśmy do prestiżowego grona najlepszych uczelni w Europie. Nasza lokata w rankingu w dużej mierze zależy od Waszego zaangażowania.

„Prestiżowe grono najlepszych uczelni w Europie”

Studiowałem w latach 2015 – 2018 na kierunku biologia. Tryb niestacjonarny, a więc zjeżdżaliśmy na sobotę i niedzielę parę razy w miesiącu. Niestacjonarne studia mają ze stacjonarnymi parę cech wspólnych (dydaktycy, wyposażenie), ale generalnie niestety bardzo różnią się między sobą. Student niestacjonarny jest traktowany jako student podrzędnej kategorii. Znajomym mówiłem, że jestem półstudentem.

Niby półstudia, a trzeba płacić

Zaczyna się już od programu, ponieważ studia niestacjonarne zakładają realizację tylko połowy godzin, jakie normalnie są prowadzone na studiach dziennych. To zupełnie niezrozumiałe z perpsektywy trzech lat zjazdów, gdzie mieliśmy bardzo dużo czasu wolnego (na przykład miesiąc z tylko jednym dniem zajęć!). Nawet suche wyliczenie pokazuje, że w ciągu trzech lat jest dość weekendów by bez problemu zrealizować pełny program studiów. Ale cóż, obcięte studia niestacjonarne to smutny polski zwyczaj, więc spodziewałem się tego i podpisałem umowę po dokładnym poznaniu programu.

Porównanie wymiarów godzinowych dwóch pierwszych przedmiotów

Natomiast nie spodziewałem się i nikt nie ostrzegł przed tym, że nawet ta połowa godzin będzie traktowana po macoszemu. Realnie mieliśmy okolice 1/3 wymiaru godzinowego w porównaniu do studiów dziennych, ponieważ regułą było skracanie, odwoływanie lub po prostu odbębnianie byle szybciej. Laboratoria jeszcze można zrozumieć – w końcu zależą od tempa pracy, a nie ramówki – ale wykłady często były szczytem hipokryzji, gdzie wykładowca zaczynał od tego, że musiał okroić materiał by zdążyć w obrębie niestacjonarnych godzin, a potem każde spotkanie kończył kilkadziesiąt minut przed czasem zadeklarowanym w programie i w planie.

Stąd biologii niestacjonarnej bliżej nawet do ćwierćstudiów niż do półstudiów. Czy temat był dyskutowany, zgłaszany osobom, które mają władzę na UAM? Oczywiście. Po paru zapewnieniach, że coś zostanie zrobione, w końcu padło: „te studia i tak nie opłacają się uniwersytetowi, powinniście się cieszyć, że w ogóle są prowadzone”. To już nie tylko traktowanie jak n-ta kategoria studenta, ale po prostu n-ta kategoria człowieka.

Poziom zajęć był bardzo zróżnicowany. Nie ma wątpliwości, że na wydziale biologii UAM są pasjonaci swoich dziedzin, którzy zarażają tą pasją na zajęciach i jednocześnie wymagają wiele od studentów. Poznań ma w biologii kilka pereł dydaktycznych i to była największa zaleta tych studiów. Z pewnością wiele zależy od tego na kogo indywidualnie się trafi, natomiast osobiście mogę zarekomendować zoologię, część antropologii i część biologii molekularnej.

Scyliorhinus canicula – Rekinek psi na zajęciach zoologicznych

To niestety tyle z plusów. Proporcje były mocno niekorzystne, ponieważ maksymalnie tylko w 1/5 trafiłem na przygotowane, satysfakcjonujące zajęcia. Kolejną 1/5 można ocenić neutralnie (standardowa prezentacja plus standardowe ćwiczenia). Pozostałe 3/5 to klasyczne tragedie nauczania z długą listą grzechów dydaktycznych: dukanie z podręcznika/slajdów, zakaz zadawania pytań, nieaktualna wiedza, bezskładne ćwiczenia, brak przygotowania, niski poziom, brak umiejętności wyjaśnienia czegokolwiek itd.

Na tym drugim biegunie trafiły się przypadki żenująco złe.

Przykładowo pewien cykl zajęć prowadził profesor, który spisał sobie tekst do czytania w wordzie, ten plik wypalił na płycie kilkanaście lat temu (taka była data modyfikacji plików!), wyświetlał nam jego zawartość na projektorze i linia po linii powoli czytał na głos. I tak przez wiele godzin. Nawet z tym potrzebował pomocy, ponieważ zupełnie nie potrafił obsługiwać komputera (niestety to nie hiperbola, nigdy nikomu również nie odpisał na maila prawdopodobnie z tego samego powodu).

Nie zabrakło również daleko idącej prywaty kilku osób wykorzystujących swój tytuł i chwilowy autorytet. W ten sposób jeden z profesorów przekonywał na zajęciach, że ludzie nie mają nic wspólnego z globalnym ociepleniem; inna prowadząca pokusiła się o stwierdzenie, że homoseksualizm trzeba leczyć i przeprowadziła całą dyskusję wokół tego, że ludzie mogą wyginąć przez gejów; w końcu też na jednym wykładzie pojawiła się opowieść o zaliczeniu egzaminu studentowi, który napisał, że gatunki stworzył Bóg, co dydaktyk uzasadnił stwierdzeniem, że ewolucja w sumie nie jest udowodniona. Brakowało tylko antyszczepionkowców, naprawdę.

Trzeba również odnotować, że UAM zdecydowanie toczy antykomputerowa i antyinternetowa choroba. Bywają wykłady, na których zakazane jest używanie komputerów; na których wykładowca nie wyśle prezentacji na 200 slajdów; a nawet są tacy, co grożą wyrzuceniem z zajęć za nagrywanie dźwięku (nie dajcie się zastraszyć, dyktafon prawnie przysługuje studentom w ramach dozwolonego użytku osobistego!). Platforma nauczania internetowego istnieje, ale rzadko jest wykorzystywana. Szkoda, ponieważ to właśnie na studiach niestacjonarnych powinna być najbardziej użyteczna. Zamiast tego dostałem zabawną anegdotę obrazującą antykomputerowość UAM: na pewnych zajęciach wykorzystanie platformy internetowego nauczania polegało na napisaniu eseju. Esej równie dobrze mógł być wysłany mailem jak każdy inny, ale tutaj musiał być dodany do platformy. Sęk w tym, że dostałem piątkę do indeksu zanim cokolwiek napisałem – najwyraźniej prowadzący wszystkim wstawił 5 bez zalogowania się do tej platformy…

Od drugiego roku zaczynają się moduły do wyboru. Stoi za nimi ustawowo określona idea: studenci w pewnym zakresie powinni sami wybrać zajęcia, na jakie chcą uczęszczać. Ponownie podstawowe przymioty studentów są odmawione w trybie niestacjonarnym, ponieważ słowo wybór w wyborze modułów jest fikcją. Studenci niestacjonarni dostają niewielką pulę specjalistycznych zajęć, z których kilka wykluczają, a resztę realizują (co często prowadziło do obupólnej frustracji na linii prowadzący – studenci) i to w wymiarze aż 1/3 całego roku. Po raz kolejny szkoda, że nie wykorzystano potencjału internetowego, gdzie moduły nie byłyby ograniczone ani specjalistycznością ani ilością uczestników ani tym czy ktoś ma ochotę pracować w weekend.

Typowy moduł „do wyboru”, który ma odpowiadać dwóm rocznikom studentów

(Zwróćcie uwagę na absurd: program jest skrócony o połowę, większość wykładowców narzeka na brak godzin, a studenci dostają w wymiarze setek godzin moduły takie jak wyżej. Autentycznie brakuje czasu na pełną realizację tak podstawowych dla biologa zajęć jak zoologia, ale są wrzucane absurdalnie specjalistyczne lub nawet pozabiologiczne moduły [to nie hiperbola, miałem chocisżby kilkanaście godzin o… huraganach i klimacie].)

Zresztą, ktokolwiek kto planuje te studia, zdecydowanie nie lubi swojej pracy. Sumę wymiaru godzinowego już skomentowałem, ale jeszcze dziwniej to przebiega rok do roku: w pierwszym roku zajęcia trwały nawet po 12 godzin dziennie, a w drugim i trzecim roku dominowały weekendy po 5 godzin. A hitem było przeoczenie jednego cyklu zajęć w planie, przez co (po interwencji) nagle w czerwcu zostało dodane kilkadziesiąt godzin więcej do paru sobotnich i niedzielnych wieczorów.

Pod kątem infrastruktury raczej niczego nie brakuje. Zbiory oraz narzędzia są porządne, dostępne dla studentów i warto to docenić.

Zoologia
Botanika
Laboratorium

W szerszym spojrzeniu na całość zajęć, programu i studiów: czy polecam? Nie i sam żałuję tego wyboru.

Kilka plusów przysłania masa minusów. Od beznadziejnej organizacji, przez chamskie traktowanie, po rzeczywisty stosunek kosztu do jakości – zdecydowanie warto wybrać inną uczelnię i/lub ułożyć całe życie pod studiowanie dzienne. Nawet jeśli komuś zależy tylko na papierku, szybko zrozumie, że marnuje weekendy i jeszcze płaci za to. Nie mówiąc już o studiowaniu dla nauczenia się biologii… nie tutaj, a na pewno nie w tym trybie.

A w jeszcze szerszym spojrzeniu, to trochę mówi o kondycji polskich uczelni. Jestem na przykład pewny, że absolutnie nikt nie nadzoruje jakości nauczania na tym kierunku. Akredytacja wydana, uniwersytet przecież z historią, więc poszło, koniec. Nie ma żadnych zewnętrznych interwencji, ani nawet wewnętrznego programu oceny prócz anonimowych ankiet wyrzucanych do kosza.

To niesamowite, że przez trzy lata na żadnych zajęciach nie było hospitacji, same zajęcia można dowolnie skracać lub odwoływać bez konsekwencji, a zgłaszane uwagi są nie tylko ignorowane, ale nawet krytykowane. Jak małe dziecko: zatkane uszy i „lalala nie słyszę” i „prestiżowe grono najlepszych uczelni w Europie” (hej, w rankingu QS wypadliście poza pierwszą 800!).

Wydaje mi się, że to nie jest trudne do zrozumienia dlaczego taki stan jest popieprzony. Porządne studia są najbardziej potrzebne samym uczelniom, ponieważ tam właśnie kształcą swoje przyszłe kadry. Albo chociaż robią sobie reklamę dobrymi absolwentami z uczelnią w CV. Albo chociaż zostawiają ludziom dobre wspomnienia, zamiast traktować ich jak śmieci. Wiele uczelni na świecie na dobrych wspomnieniach robi ogromne pieniądze (całe systemy donacji), ale nie wątpię, że najłatwiej sięgnąć po dotację z państwa, a potem odbębnić jakotakie studia.

Lepszego podsumowania nie będzie:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *